Psychiatra jest czymś więcej niż maszynką do przepisywania leków. Budujemy relację z pacjentami i widzimy, że leki działają. Jednocześnie skuteczność zmierzona w badaniu klinicznym różni się od skuteczności tzw. statystycznej – powiedział w rozmowie z PAP prof. Paweł Zagożdżon, psychiatra z GUMed.

Od lat 80. rozwija się nurt o nazwie „psychiatria krytyczna”, w ramach którego naukowcy akcentują problem nadmiernej medykalizacji w psychiatrii. Cyklicznie publikowane są artykuły w szanowanych czasopismach naukowych, w których uwypuklony zostaje niski procent skuteczności działania antydepresantów w zestawieniu z rosnącą liczbą ludzi, którzy je przyjmują. Padają też określenia, że antydepresanty to placebo. Wszystko to, stwarza ogromne wyzwanie komunikacyjne dla psychiatrów.

Prof. Paweł Zagożdżon, psychiatra z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego przyznaje w rozmowie z PAP, że nawet szanowani naukowcy w dziedzinie psychiatrii mogą mieć problem z komunikowaniem wyników badań naukowych w szerszym kontekście. Nawiązuje w ten sposób do badania opublikowanego na łamach „Molecular Psychiatry” w lipcu 2022 r. przez grupę naukowców z University College London (UCL), którzy dokonali przeglądu „parasolowego” – czyli analizy 17 meta-analiz dotyczących powiązania hormonu – serotoniny z depresją. Wykazali oni, że podwyższony poziom serotoniny nie wpływa na lepsze samopoczucie, tak samo jak celowo obniżony poziom serotoniny nie wywołuje depresji.

Na żadnym etapie badacze nie oceniali badań klinicznych, dotyczących skuteczności terapeutycznej antydepresantów, ale w konkluzji główna autorka artykułu prof. Joanna Moncrieff podała w wątpliwość zasadność stosowania antydepresantów w procesie leczenia depresji.

"Od ponad dekady gromadzimy argumenty przeciwko często stosowanemu uproszczeniu, że przyczyną depresji jest „nierównowaga chemiczna” w mózgu (tzw. model serotoninowy). W tym sensie publikacja naukowców z UCL nie była dla nas zaskoczeniem. Prawdopodobnie mamy do czynienia z załamywaniem się paradygmatu w psychiatrii, ale to nie oznacza, że wszystko, co wiemy o antydepresantach, jest błędne" - powiedział prof. Paweł Zagożdżon, psychiatra z Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego (GUMed).

Dodał też: „Można odnieść wrażenie, że celem naukowców działających w ramach ‘psychiatrii krytycznej’ jest dyskredytowanie roli leków, ale oni chcą tylko wymusić bardziej holistyczne spojrzenie na depresję". Jednocześnie przyznał, że język prof. Moncrieff ma cechy ataku, więc nie dziwi go, że niektórzy psychiatrzy poczuli się urażeni.

„Trudno wyłączyć emocje. Bronimy się przez zarzutem, że jako psychiatrzy stosujemy leki jako kompletni ignoranci, że nie wiemy, co robimy. Psychiatra jest czymś więcej niż maszynką do przepisywania leków. Budujemy relację z pacjentami i widzimy, że leki działają. Trzeba wiedzieć, że skuteczność zmierzona w badaniu klinicznym różni się od skuteczności tzw. statystycznej. Wynik nieistotny z klinicznego punktu widzenia, może być istotny statystycznie. Wiemy na przykład, że leki najlepiej działają u pacjentów z większymi zaburzeniami" - wytłumaczył psychiatra. Podkreślił również, że naukowcy wciąż starają się zrozumieć dokładny mechanizm działania leków psychotropowych. Śledzenie tego procesu utrudnia fakt, że depresję leczy się na podstawie objawów i informacji o samopoczuciu, którą komunikuje pacjent. Z definicji jest ona więc subiektywna.

"To prawda, że ciągle uczymy się mechanizmu działania, bo jednak tylko 30 proc. pacjentów udaje się dopasować lek na pierwszej wizycie, ale jak pacjent odczuwa ból, cierpi fizycznie, to lekami chcemy mu pomóc. Kolejne 30 proc. reaguje dobrze na drugi zaproponowany lek, a u ok. 30 proc. nie udaje się uzyskać znaczącej poprawy” – mówi Zagożdżon.

Profesor zwraca uwagę na istotny fakt, który zdaje się – w jego opinii – umykać uwadze w procesie komunikowania doniesień naukowych w temacie serotoniny. Leki przeciw depresji w pierwszej kolejności obniżają lęk i niepokój, a dopiero potem pacjent ma szansę doświadczyć zmiany nastroju na lepszy. Rzadko zdarza się, by depresji nie towarzyszyło poczucie lęku.

„Problem ten nie był analizowany w publikacji naukowców z UCL, bo skoncentrowali się oni tylko na serotoninie – co nie oznacza, że popełnili jakiś błąd, lub że ich badanie jest przez to mniej wartościowe. Wysiłek całościowego spojrzenia na 17 metaanaliz docenili recenzenci jednego z najlepszych czasopism naukowych na świecie” – podkreśla psychiatra.

Chociaż – jak przyznaje Zagożdżon – analizy naukowe Joanny Moncrieff często skręcają w publicystykę, docenia on jej działalność w obszarze „psychologii krytycznej”. Twierdzi, że pomimo ostrego tonu wypowiedzi i postawy sugerującej „wieczną walkę przeciwko koncernom farmaceutycznym”, czerpiącym ogromne korzyści ze sprzedaży antydepresantów, kierują nią czyste intencje.

„Joanna Moncrieff przypomina, że trzeba być czujnym. Obserwować napięcie wynikające z konfliktu interesów. Ale też, żeby nie łudzić się, że znajdziemy jeden lek, który będzie złotym środkiem i rozwiąże wszystkie problemy związane z depresją. Leki to nie jest samo dobro. Mają skutki uboczne” – profesor nawiązuje do kształcenia lekarzy psychiatrów w modelu biomedycznym.

„Ale chyba najważniejsze na czym zależy Moncrieff, to żebyśmy wszystkiego nie zwalali na mózg, i żebyśmy nie pomijali aspektów społecznych, kulturowych i politycznych” – akcentuje profesor.

Prof. Paweł Zagożdżon zwraca szczególną uwagę na wieloaspektowość procesu leczenia depresji, bo zanim został psychiatrą, był lekarzem chorób wewnętrznych. Pracował też w obszarze badań klinicznych – między innymi związanych z lekami psychiatrycznymi.

„Wiem jak wiele obszarów wspólnych psychiatria ma z kardiologią, neurologią, chorobami wewnętrznymi, zaburzeniami hormonalnymi, urazami” – wylicza profesor. Do tego dochodzą wątki społeczne, kulturowe i polityczne.

„Część naszego namysłu nad szukaniem przyczyn depresji, koncentruje się na relacjach w pracy. Kostyczny układ, eksploatowanie pracownika, mieszanie władzy i finansów. Były badania na ten temat w Japonii, gdzie relacje w pracy są bardzo specyficzne. Sam prowadziłem w Gdańsku badania nad umieralnością wśród bezrobotnych. Po sześciu latach obserwacji stwierdziliśmy, że ryzyko zgonu osób po utracie pracy jest dwa razy większe niż u osób, które tej pracy nie utraciły. Bezrobotni żyją krócej” – zaznacza psychiatra. I dodaje, że bardzo często depresję napędza mechanizm związany z brakiem uznania i poczuciem własnej wartości. Dlatego tak często młodzi mężczyźni przychodzą do psychiatry w momencie, kiedy tracą pracę.

Do tych problemów dochodzi wątek systemowy, związany z polityką społeczną państwa.

„Wiadomo, że osoby z niższych warstw społecznych są bardziej narażone na choroby psychiczne. Dostają mniej wsparcia. Osoby uprzywilejowane mogą wcześniej reagować na swoje problemy, bo mają pieniądze i kapitał społeczny umożliwiający łatwiejszy dostęp do leczenia” – zauważa Zagożdżon.

Pytany, czy coś dobrego wyniknie z działalności celebrytów, którzy chętnie omawiają wyniki badań naukowych, ale nie potrafią ich umieścić w odpowiednim kontekście, odpowiedział: „Nie da się ustawić jednego obowiązującego wszystkich pacjentów z depresją algorytmu leczenia w psychiatrii i psychoterapii. Jeśli z tej debaty wyniknie taka konkluzja, to będzie dobra konkluzja”. (PAP)


Źródło: www.naukawpolsce.pap.pl | Urszula Kaczorowska